wtorek, 10 stycznia 2017

I Won't Give Up




Mam w głowie taką scenę.

Podchodzi do mnie facet, staje przede mną, łapie mnie za ręce i mówi:

"Nie wiem od czego zacząć, troche się stresuje, ale nie chcę dłużej zwlekać. Nie jestem doskonały 
i pewnie nigdy nie będę, zapominam o różnych ważnych rzeczach i czasem niesłucham co do mnie mówisz, a mówisz dużo. Nie raz się wkurzam bez powodu i bez powodu Ci się obrywa, niecierpię być powodem Twoich łez, ale kocham Cię rozśmieszać. Kocham Cię.
 I choć w złości potrafię powiedzieć okropne rzeczy to naprawdę tak nie myślę, 
za to naprawdę Cię Kocham.
Jestem najszczęśliwszy kiedy zasypiasz wtulona we mnie choć nieraz drętwieje mi całe ramie.
Jeśli przyśni Ci się coś złego, to mogę zapewnić, że to tylko sen i że już dobrze, że jestem. Rano obudzi mnie Twój budzik a Ty włączysz drzemkę tylko po to, żeby się jeszcze przytulić.
Nieważne czy dzień spędzimy razem czy osobno, bo wiem, że Jesteś. Nieważne co mnie wciągu dnia spotka, jak bardzo się wkurzę czy ucieszę, ważne, że podziele się tym z Tobą.
Na szczęście Ty też nie jesteś doskonała i pewnie to właśnie czyni Cię moją ulubioną 
osobą we wszechświecie. 

Nie chcę obiecywać, że będzie lekko, łatwo i przyjemnie, ale chcę żebyś wiedziała, że bez względu na to co się czai za rogiem, chcę mieć Cię przy sobie. To z Tobą chcę się kłócić i godzić, śmiać się 
i płakać, zdobywać świat i leżeć przed telewizorem, chodzić z psem na spacery i próbować oswoić kota, słuchać muzyki i chodzić do kina.
Dla Ciebie chce być lepszym facetem, albo przynajmniej takim jakim jestem teraz bo wiem, 
że Ty dajesz mi z siebie wszystko i czynisz mnie najszczęśliwszym. Cokolwiek by się nie działo, 
Ty jesteś. W zasadzie jeśli zechcesz zostać moją żoną to zupełnie nieważne co się będzie działo.
A zechcesz?"

Albo coś w tym stylu.

Do tego Jason
https://www.youtube.com/watch?v=TdN5GyTl8K0

czwartek, 19 maja 2016

Kiedy puchacz i kicia...




No i odeszła.

W pudła, torby i worki próżniowe zapakowała silikonowe foremki do muffinów, książki, mnóstwo ubrań i pluszowego lisa.
Raz na dni kilka przypomina sobie co się stało i dlaczego właściwie. Musi to robić bo inaczej by się rozleciała, albo co gorsza - zadzwoniła gdzie nie trzeba.
Stara się nie myśleć o dobrych momentach, które teraz zalewają jej głowę i serce.
Chciałaby skupić się na tym, dlaczego uważa, że podjęła słuszną decyzję.
Chce myśleć o tym, że od stania w miejscu zdrętwiało jej wszystko i musiała się ruszyć.
A On się bał. Bał się ruchu i wciąż patrzył w tył. Myślał za dużo o wszystkich błędach, które mógłby popełnić gdyby się tylko ruszył.
Czy mu zależało? Oczywiście, że tak. Kochał ją jak nikogo nigdy wcześniej i być może nigdy później. Nieraz mu się zdawało, że ma jej dosyć, że jego kumple to na pewno mają lepiej i że właściwie to chyba nie to. Przestał do niej mówić, przestał dbać o to co mieli. Pozwolił jej zgorzknieć i to przekonany był, że to naturalna kolej rzeczy, że się jej tak porobiło. 
Kilka razy powiedział jej o kilka słów za dużo mimo, że wcale tak nie myślał. A ona potraktowała go poważnie jak zawsze. I tak tydzień, drugi, miesiąc, dwa łóżka...

I co teraz?
Teraz wspólna jest już tylko historia.
 
Ona powtarza sobie, że postąpiła zgodnie ze swoim sercem choć bywa zła, że tak szybko się poddała. Wie czemu tak się stało, ale bywa zła. On? On też ma swoje przemyślenia. Chciałby cofnąć czas i mieć pewność, że jego lęki nie wyjdą poza jego głowę a z czasem
znikną i stamtąd.  

Za późno.

A przecież nie tak miało być. Nie tak. 

środa, 9 września 2015

Stillness

Dziś związki są mało modne. Mało wygodne. 
To znaczy mało wygodne bywały zawsze, ale dziś dużo prościej powiedzieć: Wiesz co, ostatnio się nam nie układa, już nie jest tak jak na początku, w ogóle to jakoś mnie mniej pociągasz i w sumie to się duszę chyba i chyba powinniśmy się rozstać.
Nie chcę tu nikogo pouczać, pisać, że to złe choć uważam, że w wielu przypadkach powodem rozstania jest nieumiejętność poradzenia sobie z przejściem związku na kolejny etap, brak akceptacji tego, że już nie ma codziennie kwiatów, sexu i komplementów na każdym kroku, brak komunikacji i jakaś "nowość" na horyzoncie.
Nie jest tak zawsze, ale bywa tak.
Nie o tym tu chcę.
Jest pewne inne zjawisko, które wczoraj przyszło mi do głowy.
Nic wesołego.

To dziewczyna, która jest w związku z tym samym facetem lat kilka. 8 dajmy na to, albo 10
Wiąże ich ze sobą kawał historii, ale coś widoki na przyszłość jakby mgliste.
Nie żeby On ją chciał rzucić, albo Ona jego, nie. (choć często mogłoby się to okazać wybawieniem dla obojga) Po prostu stanęli w miejscu.
Stanęli i stoją tak już lat kilka. 
Mieszkają razem, ale żyją obok siebie. Dzieci nie ma, bywa kot. 
Facet zasadniczo jest zadowolony z takiego stanu rzeczy, albo raczej byłby gdyby nie Ona.
A co się dzieję z Nią? Ona wyrasta ze swojej skóry, z tego związku. Wyobrażała sobie, że jak zamieszkają razem to za rok, może dwa On się oświadczy, wezmą ślub, za kolejny rok albo dwa może jakieś dzieci i fajne wspólne życie. 
Zamiast tego mieszka z facetem, który niedawno odkrył, że jazda na BMX'ie to jest to! 
że najchętniej to by siedział z kumplami przy konsoli pół nocy bo może! i pizze będą jedli 
i zasną nad ranem bez mycia zębów. Mieszka z facetem, który uważa Ją za jakąś mentalną staruchę, babę okropną, która czyha na Jego bezcenną wolność i o niczym innym nie marzy jak tylko urządzać rodzinne obiadki i oglądać seriale w dresach podczas gdy On właśnie teraz zamierza żyć! I to na całego!
No kocha ją - fakt, choć ma wrażenie, że ostatnio to się jakoś zmieniła na gorsze i strach się bać co będzie później jeśli już teraz tak jej odwala.
Czy jej odwala? To zależy jak na to spojrzeć. Z punktu widzenia Jego kumpli (singli mieszkających z rodzicami lub młodszymi dziewczynami) - odwala jej totalnie.
Z jej punktu widzenia to z Nim jest problem. Bo wyłazi z Niego jakiś gówniarz nieodpowiedzialny, tchórz w krótkich spodenkach.

Z mojego punktu widzenia Ona właśnie gorzknieje.
Z radosnej dziewczyny, w której On się zakochał, zmienia się w cyniczną, ironiczną kobietę.
Na wieść, że młodsza siostra spodziewa się dziecka nie cieszy się wraz z całą rodziną. 
Będąc z mamą w kuchni rzuci prędzej: młodzi i głupi to wpadli.
To jej swoisty system obronny. Tak samo reagować będzie na kolejne zaproszenia na śluby
i wesela, chrzciny i wszelkie imprezy rodzinne spod znaku "a wy kiedy?"
Doszukiwać się będzie kolejnych słabych punktów związków wokół siebie bo potrzebuje potwierdzenia, że nie jest jedyną osobą na świecie, u której jest źle.
Czy ona marzy o tym, żeby stać się koszmarem sennym swojego faceta? Nie.
Marzy o partnerze, który da jej poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji. 
Nie w rozumieniu: codziennie obiad z dwóch dań, Na wspólnej, obiad w niedziele
u rodziców i wycieczka do marketu. A urlop? może Kołobrzeg albo Egipt (w zależności od funduszy i ilości dzieci) A, żeby nie było - wiem, że takie panny są, ale ta o której Ja tutaj klaruję taka nie jest. Nie tylko Ona jedna.
Marzy o facecie, który potrafi ją porwać na romantyczny, spontaniczny wypad za miasto, dbania o dom nie zwali w całości na nią, będzie z nią rozmawiał o tym czego pragnie ale
i o tym czego się boi. Nie porzuci jej i nie ucieknie, kiedy będzie czuła, że rozpada się na kawałki, mówiąc, żeby zadzwoniła sobie do jakiejś koleżanki bo to babskie sprawy.
Ta dziewczyna walczy z poczuciem, że przecież młodsza się nie robi, że gdzie niby miałaby kogoś spotkać, że przecież Jego to przynajmniej zna, wie czego się po Nim spodziewać. 
Niepewność i szybsze bicie serca, które dawniej czuła kiedy koleżanki mówiły: jedziecie do Rzymu? to na pewno Ci się oświadczy! zmienia się w pewność, że ani na tym ani innym wyjeździe się to nie stanie. 
Przed rodziną próbuje udawać, że wszystko jest ok, że żyją tak jak chcą.
Na imprezach upija się raczej na smutno a kiedy zostaje sama ze sobą zalewa się łzami bo nie wie co ma robić. Bo czuje, że życie przecieka jej przez palce, że jest constans, stagnacja, brak naturalnego dla Niej rozwoju. Otaczanie się ładnymi przedmiotami, modnymi ciuchami, wyjścia do knajp, fryzjera i kina przestają mieć jakiekolwiek znaczenie.
Kiedy On czasem zażartuje coś na temat ślubu, odpowie mu kpiąco albo agresywnie.
Może zacząć strofować go na każdym kroku (tak jakby chciała samą siebie przekonać, że nic nie jest wart) generalnie stanie się chodzącą antyreklamą małżeństwa i rodziny.
Nie dlatego, że taka jest jej natura, ale dlatego, że ta sytuacja ją do tego doprowadziła. Czuje się tak, jakby ciągle siedziała na tyłach szkoły na fajce, tylko, że lat ma 30 a nie 16.
On jej mówi, że ją kocha, ale po co ślub? a dzieci? to może za 5 lat.
Ona żałuje, że nie odeszła 3 lata temu a najgorsze jest to, że nie wie czy to znaczy, że powinna odejść teraz czy jeszcze poczekać, bo może On dojrzeje, wyszumi się, zrozumie.
No właśnie - powinna odejść czy czekać?

sobota, 28 czerwca 2014

I was here


Walczysz i w końcu się udaje i wreszcie masz poczucie, że jesteś we właściwym miejscu.
Nieważne, o której trzeba wstać i o której się wróci. 
Euforia taka, że aż strach bo wcześniej nigdy takiej nie było.
A potem zjazd i załamanie, ale jak się to ustabilizuje wszystko, emocje ze skrajów wrócą 
na środek to jest tak jak być powinno. 
Każdy dzień jest inny. 
Są takie gdzie wszystko leniwie się ciągnie, idzie zgodnie z planem, ludzi jest mało i nie przeszkadzają, rozglądam się i chciałabym zatrzymać czas i chłonąć ten spokój.

Są też dni nerwowe, gdzie dzieje się dużo i szybko, nie zdąży się zjeść albo je się w biegu, 
narzeka się i marudzi wtedy, że kocioł i dom wariatów.
Najlepsze w tym wszystkim jest to, że pracuje się ze zwierzętami, one są nieprzewidywalne.

Przychodzisz do pracy jak co dzień i dowiadujesz się przypadkiem, że urodziły się dwa młode, ale matka nie bardzo wie co z nimi zrobić, ostatecznie zajmuje się tylko jednym a drugie odrzuciła. Idziesz zobaczyć jak sytuacja wygląda i za szybą widzisz matkę z malcem na grzbiecie i zaczynasz szukać tego drugiego. Wpatrujesz się w ściółkę i po chwili znajdujesz wzrokiem maleństwo, które zmieściłoby Ci się z powodzeniem na dłoni 
(nawet jeśli masz tak małe dłonie jak Ja).
Leży i przytula się do gałązki.
Zaciskasz zęby a w głowie zaczyna się gonitwa myśli:
Skoro matka je odrzuciła to znaczy, że jest słabsze, ona wie, że nie może "marnować" na nie sił i pokarmu. Koordynator gatunku, zdecydował, że nie będzie sztucznego odchowu. 
Wiesz to wszystko, ale przecież jesteś przedstawicielem jedynego gatunku, który postępuje naturze wbrew.
W 30 minut organizujesz partyzancką akcję, czyste szaleństwo.
Jest już plan i nawet mleko "zza płotu", ryzykujesz bardzo dużo, 
tak samo jak garstka osób obok Ciebie.
Niestety nie ma już odruchu ssania, wychłodzenie organizmu i po wszystkim.

Reszta dnia mija na myśleniu, że może trzeba było reagować szybciej, że może kiedy zrzuciła je z grzbietu pierwszy raz to trzeba było je zabrać, zamiast dawać jej drugą szansę...
Próbujesz sobie tłumaczyć, że przecież żyją w stadach więc gdybyś go zabrał i odchował 
to resztę życia byłby nieszczęśliwy, że tak jest lepiej...ale jesteś tylko człowiekiem. 
I to o mięciutkim sercu.
Tego samego dnia popołudniu przywitasz kolejne życie, które pożegnasz dwa dni później.
Bo tak tu czasem jest. Nosisz na rękach, ogrzewasz, karmisz i szepczesz do małego uszka: 
"nie rób mi tego, walcz, walcz razem ze mną, żyj, żyj malusiu!"
A potem zostajesz w koszulce pachnącej lanoliną, z plamami mleka i krwi.
I tłumaczysz sobie jak tylko możesz, że tak bywa, że to nie pierwszy i nie ostatni raz, zza zaszklonych oczu patrzysz na skrzynki z owocami i warzywami i zmuszasz się do pracy. 

Potem strzyżesz owce, opatrujesz kozę, przekonujesz papugę, że huśtawka jest super tylko trzeba na nią wejść, pół dnia obserwujesz jak kaczątko za przykładem mamy goni muchy latające nad basenem, drapiesz świniaka, którego wszyscy biorą za dzika a tym czasem 
to pieszczoch jakich mało,  
karmisz dzioborożce i skunksa, który uwielbia jogurt i jest bardzo ciekawski.
Nie zamieniłabym tego na nic innego.

piątek, 14 lutego 2014

Dziś są moje...


Rok rocznie pojawia się ten sam problem.
Z jednej strony wydaje mi się, że jestem najwdzięczniejszą osobą do obdarowywania, 
ale z drugiej wymagania mam tak potworne, że daj spokój.
Najgorsze co może być to wymagania i oczekiwania w takim dniu.
No bo przecież fajnie jest zrobić dla kogoś coś co go ucieszy, ale jeśli nie jest się jasnowidzem
to do mnie nie ma co startować. Wyobrażenie moje z owym dniem związane jest tak wyidealizowane, że możliwe do zrealizowania tylko przeze mnie chyba.
I tu jest pies (czy inny zając) pogrzebany.
Bo Ja bym chciała niespodziankę. Jak w filmach i to tych amerykańskich,
ale wszystko muszę mieć pod kontrolą i cały czas się będę zastanawiać czy na pewno wszystkim jest miło i wygodnie i czy nikomu akurat nie chce się rzygać bo może mogłabym coś zaradzić. Oczywiście do tego muszę być w centrum wszystkiego.
All shall adore ME!

Istny koszmar dla kogoś kto decyduje się kochać akurat mnie.
W tym roku uznałam, że dość, koniec.
Pora porzucić te hollywoodzkie wizje i wrzucić na luz.
Przestać wieczorem się zastanawiać kto zadzwonił, a kto napisał, a kto zapomniał.
Koniec z pretensjami, że w tym roku nie Wpadł na to czy tamto.
Od kilku dni dzieją się rzeczy wspaniałe, wyszeptane w półśnie w wieczornych modlitwach.
Mimo to w pewnym sensie niespodziewane.
I niech tak będzie.
Expect the unexpected.

28.

niedziela, 3 listopada 2013

Sound of silence

Na cmentarz zazwyczaj jadę sama. 
Czasem ktoś jeszcze jedzie ze mną, ale unikam jazdy całą rodziną. Wtedy zazwyczaj jest szukanie odpowiednio "ładnych" kwiatów (choć dla mnie te proponowane przez sprzedawców są zawsze koszmarne.) następnie, jak już ma się przynajmniej 3 donice, trzeba znaleźć odpowiednie znicze. (tu sprawa ma się podobnie jak z kwiatami...) Zauważyłam, że trendy się zmieniają. Rok temu "modne" były te wyglądające na popękane. Teraz widziałam kilka mrygających na fioletowo (dowiedziałam się, że są na baterie) no i większość gigantów wyglądających jak hełm astronauty.
Ja wybieram coś prostego, niedużego. Bez kwiatów. Stojąc przy grobie nie zastanawiam się, kto z rodziny już był, kto mógł co postawić i czy był wczoraj czy dzisiaj.
Zazwyczaj wspominam odwiedzanego.
Jeśli jestem z kimś, to opowiadam o tym kogo odwiedzamy.
W tym roku grób, którego zawsze długo szukałam, znalazłam wyjątkowo szybko.
Znicze na nim palą się zawsze. 
Zostawiłam swój. 
Ten cmentarz akurat jest wyjątkowo paskudny. goły plac, z kominem krematoryjnym i marketem kwiatowo-zniczowym na przedzie, w biało-niebieskich barwach Pani S. 
Ten jeden raz można było o tym zapomnieć.
 Wokół pomnika chłopca z piłką nożną było dużo ludzi.
W ciągu dnia nie byłoby efektu.

Panowie w ciszy odpalili race.   
Chryzantemy w toksycznych kolorach, dyskotekowe znicze na baterie, okropne wiązanki ze sztucznych kwiatów, przestały być widoczne.
Wszyscy przychodzący obok zatrzymywali się, żeby popatrzeć.


wtorek, 10 września 2013

Apus apus śrii śrii


Siostra dzwoni, że znalazła taką ptaszynę na podwórku i pyta co z nią zrobimy?
Bierzemy do domu bez zastanowienia, trzeba się dowiedzieć kto to i jak mu pomóc.
Najszybszy ptak Europy, potrafi gonić obiad z prędkością 200 km/h
Całe życie spędza w powietrzu, na ziemi trzyma go jedynie wypełnianie głodnych dziobów w gnieździe.
Może właśnie dlatego się ich nie zauważa? Bo potrafią szybować 2,5 km nad ziemią.

Ten potrzebował tylko odpocząć, skrzydła były całe i zdrowe.
Podrzucony wysoko w górę (bo z ziemi ten władca przestworzy wystartować nie umie)
rozłożył skrzydła i pomknął w górę i w dal.
A Ja od tego czasu co roku czekam aż przylecą z południa Afryki wszystkie razem.
W tym roku pierwszy raz śrii śrii  usłyszałam 8 maja.
(dla mnie brzmi to bardziej jak frii frii, no ale...)
Kiedy już są, gapię się na nie w każdej wolnej chwili




Odleciały kiedy wróciłam z nad morza, na początku sierpnia.
I teraz znów czekam do wiosny i marzę o domu, pod którego dachem będzie miejsce na jerzyka.