Walczysz i w końcu się udaje i wreszcie masz poczucie, że jesteś we właściwym miejscu.
Nieważne, o której trzeba wstać i o której się wróci.
Euforia taka, że aż strach bo wcześniej nigdy takiej nie było.
A potem zjazd i załamanie, ale jak się to ustabilizuje wszystko, emocje ze skrajów wrócą
na środek to jest tak jak być powinno.
Każdy dzień jest inny.
Są takie gdzie wszystko leniwie się ciągnie, idzie zgodnie z planem, ludzi jest mało i nie przeszkadzają, rozglądam się i chciałabym zatrzymać czas i chłonąć ten spokój.
Są też dni nerwowe, gdzie dzieje się dużo i szybko, nie zdąży się zjeść albo je się w biegu,
narzeka się i marudzi wtedy, że kocioł i dom wariatów.
Najlepsze w tym wszystkim jest to, że pracuje się ze zwierzętami, one są nieprzewidywalne.
Przychodzisz do pracy jak co dzień i dowiadujesz się przypadkiem, że urodziły się dwa młode, ale matka nie bardzo wie co z nimi zrobić, ostatecznie zajmuje się tylko jednym a drugie odrzuciła. Idziesz zobaczyć jak sytuacja wygląda i za szybą widzisz matkę z malcem na grzbiecie i zaczynasz szukać tego drugiego. Wpatrujesz się w ściółkę i po chwili znajdujesz wzrokiem maleństwo, które zmieściłoby Ci się z powodzeniem na dłoni
(nawet jeśli masz tak małe dłonie jak Ja).
Leży i przytula się do gałązki.
Zaciskasz zęby a w głowie zaczyna się gonitwa myśli:
Skoro matka je odrzuciła to znaczy, że jest słabsze, ona wie, że nie może "marnować" na nie sił i pokarmu. Koordynator gatunku, zdecydował, że nie będzie sztucznego odchowu.
Wiesz to wszystko, ale przecież jesteś przedstawicielem jedynego gatunku, który postępuje naturze wbrew.
W 30 minut organizujesz partyzancką akcję, czyste szaleństwo.
Jest już plan i nawet mleko "zza płotu", ryzykujesz bardzo dużo,
tak samo jak garstka osób obok Ciebie.
Niestety nie ma już odruchu ssania, wychłodzenie organizmu i po wszystkim.
Reszta dnia mija na myśleniu, że może trzeba było reagować szybciej, że może kiedy zrzuciła je z grzbietu pierwszy raz to trzeba było je zabrać, zamiast dawać jej drugą szansę...
Próbujesz sobie tłumaczyć, że przecież żyją w stadach więc gdybyś go zabrał i odchował
to resztę życia byłby nieszczęśliwy, że tak jest lepiej...ale jesteś tylko człowiekiem.
I to o mięciutkim sercu.
Tego samego dnia popołudniu przywitasz kolejne życie, które pożegnasz dwa dni później.
Bo tak tu czasem jest. Nosisz na rękach, ogrzewasz, karmisz i szepczesz do małego uszka:
"nie rób mi tego, walcz, walcz razem ze mną, żyj, żyj malusiu!"
A potem zostajesz w koszulce pachnącej lanoliną, z plamami mleka i krwi.
I tłumaczysz sobie jak tylko możesz, że tak bywa, że to nie pierwszy i nie ostatni raz, zza zaszklonych oczu patrzysz na skrzynki z owocami i warzywami i zmuszasz się do pracy.
Potem strzyżesz owce, opatrujesz kozę, przekonujesz papugę, że huśtawka jest super tylko trzeba na nią wejść, pół dnia obserwujesz jak kaczątko za przykładem mamy goni muchy latające nad basenem, drapiesz świniaka, którego wszyscy biorą za dzika a tym czasem
to pieszczoch jakich mało,
karmisz dzioborożce i skunksa, który uwielbia jogurt i jest bardzo ciekawski.
Nie zamieniłabym tego na nic innego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz