Rok rocznie pojawia się ten sam problem.
Z jednej strony wydaje mi się, że jestem najwdzięczniejszą osobą do obdarowywania,
ale z drugiej wymagania mam tak potworne, że daj spokój.
Najgorsze co może być to wymagania i oczekiwania w takim dniu.
No bo przecież fajnie jest zrobić dla kogoś coś co go ucieszy, ale jeśli nie jest się jasnowidzem
to do mnie nie ma co startować. Wyobrażenie moje z owym dniem związane jest tak wyidealizowane, że możliwe do zrealizowania tylko przeze mnie chyba.
I tu jest pies (czy inny zając) pogrzebany.
Bo Ja bym chciała niespodziankę. Jak w filmach i to tych amerykańskich,
ale wszystko muszę mieć pod kontrolą i cały czas się będę zastanawiać czy na pewno wszystkim jest miło i wygodnie i czy nikomu akurat nie chce się rzygać bo może mogłabym coś zaradzić. Oczywiście do tego muszę być w centrum wszystkiego.
All shall adore ME!
Istny koszmar dla kogoś kto decyduje się kochać akurat mnie.
W tym roku uznałam, że dość, koniec.
Pora porzucić te hollywoodzkie wizje i wrzucić na luz.
Przestać wieczorem się zastanawiać kto zadzwonił, a kto napisał, a kto zapomniał.
Koniec z pretensjami, że w tym roku nie Wpadł na to czy tamto.
Od kilku dni dzieją się rzeczy wspaniałe, wyszeptane w półśnie w wieczornych modlitwach.
Mimo to w pewnym sensie niespodziewane.
I niech tak będzie.
Expect the unexpected.
28.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz