niedziela, 3 listopada 2013

Sound of silence

Na cmentarz zazwyczaj jadę sama. 
Czasem ktoś jeszcze jedzie ze mną, ale unikam jazdy całą rodziną. Wtedy zazwyczaj jest szukanie odpowiednio "ładnych" kwiatów (choć dla mnie te proponowane przez sprzedawców są zawsze koszmarne.) następnie, jak już ma się przynajmniej 3 donice, trzeba znaleźć odpowiednie znicze. (tu sprawa ma się podobnie jak z kwiatami...) Zauważyłam, że trendy się zmieniają. Rok temu "modne" były te wyglądające na popękane. Teraz widziałam kilka mrygających na fioletowo (dowiedziałam się, że są na baterie) no i większość gigantów wyglądających jak hełm astronauty.
Ja wybieram coś prostego, niedużego. Bez kwiatów. Stojąc przy grobie nie zastanawiam się, kto z rodziny już był, kto mógł co postawić i czy był wczoraj czy dzisiaj.
Zazwyczaj wspominam odwiedzanego.
Jeśli jestem z kimś, to opowiadam o tym kogo odwiedzamy.
W tym roku grób, którego zawsze długo szukałam, znalazłam wyjątkowo szybko.
Znicze na nim palą się zawsze. 
Zostawiłam swój. 
Ten cmentarz akurat jest wyjątkowo paskudny. goły plac, z kominem krematoryjnym i marketem kwiatowo-zniczowym na przedzie, w biało-niebieskich barwach Pani S. 
Ten jeden raz można było o tym zapomnieć.
 Wokół pomnika chłopca z piłką nożną było dużo ludzi.
W ciągu dnia nie byłoby efektu.

Panowie w ciszy odpalili race.   
Chryzantemy w toksycznych kolorach, dyskotekowe znicze na baterie, okropne wiązanki ze sztucznych kwiatów, przestały być widoczne.
Wszyscy przychodzący obok zatrzymywali się, żeby popatrzeć.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz