Kiedy zanosisz gdzieś swój życiorysik i list wychwalający i nadawcę i odbiorcę,
liczysz się z tym, że może być różnie.
Twoje wnętrzności są ściśnięte jeszcze bardziej, jeśli marzysz o tym, by poza cienką teczką z papierami, zostawić tam też swój czas, zaangażowanie, siebie po prostu. Na długo najlepiej.
Wyciągam z lodówki miskę z truskawkami. Otwieram szafkę nad kuchenką i widzę, że w stronę mojej głowy mknie blender
(dzień wcześniej wsadzając go tam zastanawiałam się czy nie wypadnie komuś na głowę po otworzeniu szafki. Już się nie zastanawiam.)
Wchodzę do pokoju, na hasło "proszę". Za biurkiem znajoma stanowcza twarz. Ręce mi się trzęsą, w głowie mam pustkę. Siadam. Coś zaczynam mówić, ale brzmi to inaczej niż w mojej głowie. Reakcja też jest inna, niż ta z głowy.
Wrzucam truskawki, mleko, trochę cukru, montuję blender, włączam.
Nożyk wchodzi w owoce jak słowa tej kobiety w moją piękną wizję przyszłości.
"Teraz mamy cięcia na tym dziale"
Mleko rozbryzguje się na ściankach plastikowego pojemnika, kawałeczki truskawek zaczynają wirować coraz szybciej.
"Może pani zostawić papiery, ale niczego nie mogę obiecać."
Uśmiecham się, dziękuję, wychodzę.
Rozmontowuję robota, myję, wkładam do szafki, tym razem z głową i myślą, że następnym razem może szafkę otworzyć mama.
Dokładnie tego się spodziewałam a jednak, mimo wszystko, po cichu liczyłam, że wyjdę uśmiechnięta i spytam sama siebie: "czego Ja się bałam?"
Wypijam truskawkową miazgę.
Spodziewałam się, że będzie słodsza.
