środa, 9 września 2015

Stillness

Dziś związki są mało modne. Mało wygodne. 
To znaczy mało wygodne bywały zawsze, ale dziś dużo prościej powiedzieć: Wiesz co, ostatnio się nam nie układa, już nie jest tak jak na początku, w ogóle to jakoś mnie mniej pociągasz i w sumie to się duszę chyba i chyba powinniśmy się rozstać.
Nie chcę tu nikogo pouczać, pisać, że to złe choć uważam, że w wielu przypadkach powodem rozstania jest nieumiejętność poradzenia sobie z przejściem związku na kolejny etap, brak akceptacji tego, że już nie ma codziennie kwiatów, sexu i komplementów na każdym kroku, brak komunikacji i jakaś "nowość" na horyzoncie.
Nie jest tak zawsze, ale bywa tak.
Nie o tym tu chcę.
Jest pewne inne zjawisko, które wczoraj przyszło mi do głowy.
Nic wesołego.

To dziewczyna, która jest w związku z tym samym facetem lat kilka. 8 dajmy na to, albo 10
Wiąże ich ze sobą kawał historii, ale coś widoki na przyszłość jakby mgliste.
Nie żeby On ją chciał rzucić, albo Ona jego, nie. (choć często mogłoby się to okazać wybawieniem dla obojga) Po prostu stanęli w miejscu.
Stanęli i stoją tak już lat kilka. 
Mieszkają razem, ale żyją obok siebie. Dzieci nie ma, bywa kot. 
Facet zasadniczo jest zadowolony z takiego stanu rzeczy, albo raczej byłby gdyby nie Ona.
A co się dzieję z Nią? Ona wyrasta ze swojej skóry, z tego związku. Wyobrażała sobie, że jak zamieszkają razem to za rok, może dwa On się oświadczy, wezmą ślub, za kolejny rok albo dwa może jakieś dzieci i fajne wspólne życie. 
Zamiast tego mieszka z facetem, który niedawno odkrył, że jazda na BMX'ie to jest to! 
że najchętniej to by siedział z kumplami przy konsoli pół nocy bo może! i pizze będą jedli 
i zasną nad ranem bez mycia zębów. Mieszka z facetem, który uważa Ją za jakąś mentalną staruchę, babę okropną, która czyha na Jego bezcenną wolność i o niczym innym nie marzy jak tylko urządzać rodzinne obiadki i oglądać seriale w dresach podczas gdy On właśnie teraz zamierza żyć! I to na całego!
No kocha ją - fakt, choć ma wrażenie, że ostatnio to się jakoś zmieniła na gorsze i strach się bać co będzie później jeśli już teraz tak jej odwala.
Czy jej odwala? To zależy jak na to spojrzeć. Z punktu widzenia Jego kumpli (singli mieszkających z rodzicami lub młodszymi dziewczynami) - odwala jej totalnie.
Z jej punktu widzenia to z Nim jest problem. Bo wyłazi z Niego jakiś gówniarz nieodpowiedzialny, tchórz w krótkich spodenkach.

Z mojego punktu widzenia Ona właśnie gorzknieje.
Z radosnej dziewczyny, w której On się zakochał, zmienia się w cyniczną, ironiczną kobietę.
Na wieść, że młodsza siostra spodziewa się dziecka nie cieszy się wraz z całą rodziną. 
Będąc z mamą w kuchni rzuci prędzej: młodzi i głupi to wpadli.
To jej swoisty system obronny. Tak samo reagować będzie na kolejne zaproszenia na śluby
i wesela, chrzciny i wszelkie imprezy rodzinne spod znaku "a wy kiedy?"
Doszukiwać się będzie kolejnych słabych punktów związków wokół siebie bo potrzebuje potwierdzenia, że nie jest jedyną osobą na świecie, u której jest źle.
Czy ona marzy o tym, żeby stać się koszmarem sennym swojego faceta? Nie.
Marzy o partnerze, który da jej poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji. 
Nie w rozumieniu: codziennie obiad z dwóch dań, Na wspólnej, obiad w niedziele
u rodziców i wycieczka do marketu. A urlop? może Kołobrzeg albo Egipt (w zależności od funduszy i ilości dzieci) A, żeby nie było - wiem, że takie panny są, ale ta o której Ja tutaj klaruję taka nie jest. Nie tylko Ona jedna.
Marzy o facecie, który potrafi ją porwać na romantyczny, spontaniczny wypad za miasto, dbania o dom nie zwali w całości na nią, będzie z nią rozmawiał o tym czego pragnie ale
i o tym czego się boi. Nie porzuci jej i nie ucieknie, kiedy będzie czuła, że rozpada się na kawałki, mówiąc, żeby zadzwoniła sobie do jakiejś koleżanki bo to babskie sprawy.
Ta dziewczyna walczy z poczuciem, że przecież młodsza się nie robi, że gdzie niby miałaby kogoś spotkać, że przecież Jego to przynajmniej zna, wie czego się po Nim spodziewać. 
Niepewność i szybsze bicie serca, które dawniej czuła kiedy koleżanki mówiły: jedziecie do Rzymu? to na pewno Ci się oświadczy! zmienia się w pewność, że ani na tym ani innym wyjeździe się to nie stanie. 
Przed rodziną próbuje udawać, że wszystko jest ok, że żyją tak jak chcą.
Na imprezach upija się raczej na smutno a kiedy zostaje sama ze sobą zalewa się łzami bo nie wie co ma robić. Bo czuje, że życie przecieka jej przez palce, że jest constans, stagnacja, brak naturalnego dla Niej rozwoju. Otaczanie się ładnymi przedmiotami, modnymi ciuchami, wyjścia do knajp, fryzjera i kina przestają mieć jakiekolwiek znaczenie.
Kiedy On czasem zażartuje coś na temat ślubu, odpowie mu kpiąco albo agresywnie.
Może zacząć strofować go na każdym kroku (tak jakby chciała samą siebie przekonać, że nic nie jest wart) generalnie stanie się chodzącą antyreklamą małżeństwa i rodziny.
Nie dlatego, że taka jest jej natura, ale dlatego, że ta sytuacja ją do tego doprowadziła. Czuje się tak, jakby ciągle siedziała na tyłach szkoły na fajce, tylko, że lat ma 30 a nie 16.
On jej mówi, że ją kocha, ale po co ślub? a dzieci? to może za 5 lat.
Ona żałuje, że nie odeszła 3 lata temu a najgorsze jest to, że nie wie czy to znaczy, że powinna odejść teraz czy jeszcze poczekać, bo może On dojrzeje, wyszumi się, zrozumie.
No właśnie - powinna odejść czy czekać?