Siedzieliśmy w sali, w VI. Za oknem straszna wichura, wszystko sino-szare.
Nie pamiętam jaka to była lekcja i czy w ogóle jakaś.
Spojrzałam za okno, wiatr szarpał wszystko.
Nagle zobaczyłam spadającą kobietę, jakby z dachu.
Opadała wolno, jak liść albo nadszarpnięty latawiec, w pionie, lekko pochylona w przód.
Z każdą chwilą ogarniało mnie większe przerażenie.
Kiedy już dotarła do ziemi, wiatr toczył ją po trawniku jak papierową torbę.
Obudziłam się i cały czas czułam, że mam ściśnięte gardło.
Zadzwonił budzik i znów się obudziłam, tym razem już na prawdę.
Ciągle ją widzę, jak opada...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz